41. List czternasty (17.06.2017r.)

Witam w moim królestwie chaosu, w którym dawno Cię nie było. I tak naprawdę nadal Cię tutaj nie będzie. Może dobrze.
Jestem pod ogromnym wrażeniem fenomenu naszej relacji. Byliśmy sobie całkiem obcy, byliśmy sobą zafascynowani, nienawidziliśmy się, pluliśmy na siebie jadem, nie mogliśmy bez siebie żyć, udawaliśmy, że możemy ze sobą „normalnie” rozmawiać dusząc w sobie demony, ba nawet utożsamiając się wzajemnie z tymi demonami, by znowu się pokochać, popadać wzajemnie w ramiona, krzywdzić, nienawidzić, powracać… I tak się kręciła ta karuzela.
Teraz? Minęły prawie trzy miesiące od mojego ostatniego listu do Ciebie. Sam wiesz jak dużo się zmieniło. I u mnie i u Ciebie. Życie toczy się dalej, a my znowu ze sobą utrzymujemy kontakt. W związku z sesją jest tendencja spadkowa. A może nie ze względu na sesję, tylko na to co między nami zaszło? Tak piękne są Twoje wyrzuty sumienia wobec mnie. Uświadomiłeś sobie, że mnie wykorzystujesz? Z grzeczności nie zaprzeczę, ale fakt jest tylko i wyłącznie faktem….Wykorzystywałeś mnie, bo Ci na to pozwoliłam.
Jest tak dużo rzeczy, o których może i chciałabym żebyś wiedział, o których chciałbym Ci powiedzieć osobiście. Jest tyle myśli, wniosków i pytań, które nasuwają się wręcz samoczynnie.
Pod koniec miesiąca wybije rok od kiedy się rozstaliśmy. Jak bardzo człowiek może zmienić się przez rok? Jak wiele człowiek może przeżyć przez rok? Ile może odkryć przez rok? Jak człowiek może przeżyć te 365 lub 366 dni?
A więc jak to było? Kim teraz jesteś? Jakim jesteś człowiekiem? Z jakimi myślami? Z jakimi celami? Z jakimi priorytetami? Co chcesz osiągnąć? Czym się zajmujesz w wolnej chwili? Z jakimi ludźmi się widujesz? Z kim spędzasz czas? Herbatę ciągle słodzisz dwie łyżeczki, a może zacząłeś pić kawę? Wysypiasz się? O czym śnisz? Nadal używasz tych samych perfum? I tak dalej…
Miliony pytań, które nakładają się na siebie. I pomyśleć, że kiedyś znałam odpowiedź na każde z nich. Czułam się przez to w jakimś sensie wyjątkowa. Właśnie takie drobne rzeczy jak słodzenie herbaty, czy ilość poduszek, na których kładłeś się do snu sprawiały mi niesamowita przyjemność. To było tak cudowne móc dostrzegać Twoje nawyki, szczegóły codziennego życia, na które zwracałam uwagę i zapamiętywałam. Właśnie dzięki temu, że zapamiętywałam mogłam później „rozpieszczać” Cię drobnostkami, takimi jak np. lizak w ulubionym smaku, gumy do żucia, które uwielbiałeś, obiad przyprawiony pod Twoje gusta, czy w końcu ta nieszczęsna herbata z dwiema, nie płaskimi i nie czubatymi łyżeczkami cukru.

40. List trzynasty (25.03.2017r.)

Znowu tak jest, że gdy już myślę, że naprawdę poradziłam sobie z tym wszystkim, to nagle okazuje się że jednak nie do końca. Nie potrafię tego wciąż zrozumieć. Nie wiem jak mam traktować Twoje widmo, które ciągle mi towarzyszy.
Jesteś nawet w najdrobniejszych gestach lub pozornie nic nieznaczących przedmiotach. Dobrym przykładem jest to, że gdy wyszłam na balkon na papierosa, skończyłam palić i postanowiłam jeszcze chwilę posiedzieć na owym balkonie. Myśli jak myśli – istny strumień świadomości. Od tego, czy będzie padać, przez to, że widok nieba jest jednocześnie tak piękny i niepokojący… Ten niepokój miał w sobie co, jakąś cechę wspólną z tym niepokojem, który nieraz czułam przez Ciebie. Posiedziałam, popatrzyłam na otaczający mnie świat, doświadczyłam chłodnego powiewu wiatru i pomyślałam o tym dniu, który spędziłam na balkonie czytając książkę, w czasie kiedy Ty piłeś z chłopakami wódkę u sąsiada.
Nie rozumiem dlaczego mój umysł nie potrafi funkcjonować bez Twojego oblicza. Wciąż odbijasz się w moich myślach, tym pierdolonym echem, którego nie jestem w stanie wyciszyć, choćbym nie wiem co robiła. Chociażbym nie wiem jak mocno się nie starała – nie wygram z tym.
Nie wiem co się z Tobą dzieje, jak wygląda Twoje życie. Ale czy ta wiedza cokolwiek by zmieniła? Jak podejrzewam i tak nie miałabym na nic najmniejszego wpływu.
Sama już nie wiem, czy to echo jest dobre, czy złe… Może kiedyś zniknie, a ja nawet nie zauważę jego braku? A może będę za nim tęsknić, tak jak za Tobą?

39. List dwunasty (20.03.2017r.)

Dawno do Ciebie nie pisałam w ten sposób. Chyba nawet nie było takiej potrzeby. Właściwie to jest dobrze. Znalazłam już kogoś na kim ogólnie skupiam swoją uwagę. A może to on znalazł mnie?
Wczoraj miałam urodziny. Przyznam, że myślałam, że zadzwonisz. Albo może chociaż napiszesz mi sms ze zwykłym chociaż „najlepszego”. Przeliczyłam się po raz kolejny. Nie powiedziałam, że tego wymagam, bo wymagać nie mam prawa, aczkolwiek ze względu na nasze kilkuletnie współżycie miło by było przeczytać choćby najdrobniejszą, najprostszą formę życzeń. Nie umrę z tego powodu co prawda, ale chcę zaznaczyć, że odrobinę mi jednak przykro. Pewnie po prostu zapomniałeś. Zdarza się. Z resztą, na co liczyłam?
Pewnie zaraz urwie nam się kontakt całkowicie. Mi tylko została Twoja koszula, Tobie jedynie jakiś mój drobiazg. Perfumy z Avonu nie są czymś do życia koniecznym.
Wyginęliśmy śmiercią naturalną, niczym w naturze wymierają gatunki. Ale czy to tak naprawdę źle? Masz swoje życie, w którym już praktycznie nie istnieje. Dajesz beze mnie radę. Ja bez Ciebie – też? I to wszystko pomimo tego, że kiedyś nie potrafiliśmy wyobrazi ć sobie życia bez siebie wzajemnie. Być może mieliśmy po prostu ograniczoną wyobraźnię?
Nie wiem jak Tobie, ale mnie wydaje się to smutne, że ludzi może łączyć tyle dobrego,  chyba jeszcze więcej złego i tak nagle się rozpaść troszkę ni z tego, ni z owego. Tłumaczę sobie to w najłatwiejszy sposób – tak miało być.
Byłe dla mnie lekcją na całe życie, cudownym doświadczeniem, wspaniałym i zarazem traumatycznym wspomnieniem, do którego mniej lub bardziej chętnie wracam. I chyba już zawsze będzie w moim sercu małe miejsce, które należy tylko do Ciebie.
Ale to nic nie zmieni, bo już umiem żyć bez Ciebie.
Biorąc pod uwagę to, że ostatnio zrobiłam gruntowne porządki w swoim pokoju, prostym do przewidzenia był fakt, że znajdę jakieś inne, starsze zapiski, świadczące o moich silnych emocjach. Często wyładowywałam się pisząc. Sprzątałam, szukałam i trafiłam. W końcu trafiłam na zeszyt z opisem pewnej sytuacji. Nawet był tam cytat:
„Karina, wiesz, że tak będzie już zawsze?
Zawsze to będzie boleć i wyłazić w takich
momentach. Wiesz co tak naprawdę nas
łączy? Wiesz, co tak naprawdę trzyma nas
ciągle razem? Właśnie to, że tak naprawdę,
nikt nas nie chce. Po prostu nikt nie chce…”
Gdy to przeczytałam przypomniałam sobie całą tą chorą sytuację. Podobno mnie kochałeś, a tak całkiem szczerze, to patrząc na to wszystko z boku nasuwa mi się wniosek, że nie potrafię zrozumieć Twojego sposobu okazywania uczuć. Na samym seksie związek się nie opiera. Jak można powiedzieć swojej kobiecie, że nikt jej nie chce? Powiedziałabym, że to wręcz okrutne. I skoro tak było, to skąd niby brała się ta zazdrość? Niby wtedy to wszystko było dla mnie normalne. Teraz rozumiem, że uzależniłam się od Ciebie, kochałam Cię każdym pierwiastkiem swej istoty, a do tego upajałeś tą popieprzoną, masochistyczną oraz wiecznie cierpiącą część mnie. Tak, pozwalałam Ci na to. Nawet mi się to podobało. I właśnie dlatego też muszę Ci podziękować. Dziękuję Ci za ten cały dystans, który utrzymujesz do tej pory. Dziękuję Ci za tą całą wytrwałość, gdzie nie ulegałeś moim prośbom o spotkania. Dziękuję Ci za to, że byłeś silny w tych chwilach, kiedy ja chciałam się już poddać. Tak jest lepiej…

38. Zespół nadmiernego myślenia.

Witaj Czytelniku.
Przyznaję się otwarcie i bez przysłowiowego bicia, że ostatnio to miejsce zaniedbałam. Zaniedbałam Ciebie. A powinnam o Ciebie dbać. I o naszą wzajemną relację, aby było milo. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pośród miliardów ludzi, możliwości zrobienia miliona rzeczy i trafienia na tysiące innych stron internetowych – Ty, właśnie Ty! – jesteś teraz na tej stronie i czytasz właśnie to, co ja w pewną poniedziałkowo-wtorkową noc potrzebowałam z siebie wyrzucić w którąś ze stron świata.
Doceniam Twoją obecność, poświęcony czas, a jeśli zostawisz komentarz – również Twój wysiłek i cenną treść. Natomiast jeśli to jest mój debiut w Twoich oczach, a ten wpis pierwszym, który czytasz – Powodzenia! Mam nadzieję, że nie uciekniesz z krzykiem, a to co przeczytasz uznasz za coś innego niż kilka minut, które są bezpowrotnie zmarnowane.

W każdym bądź razie cierpię na tytułową przypadłość – Zespół nadmiernego myślenia. Taką pieszczotliwą nazwę sama nadałam tym wyjątkowym, a może wyjątkowo uporczywym napadom myśli, które nie sposób jest powstrzymać. Gdy machina zaczyna pracować, a karuzela zaczyna się kręcić nigdy nie jestem pewna, czy będzie to relaksacyjnie działająca przejażdżka, podróż przez wspomnienia, czy ostra jazda z wysnuwaniem wniosków. Analizuję i myślę. Myślę i analizuję. Zatracam się i przeżywam, czasem wewnętrznie, niekiedy dzielę się tym z kimś, kto akurat „jest pod ręką”, a nieraz to oznajmująca, sucha wręcz ocena sytuacji. Zaczęłam zwracać uwagę i rozmyślać nad rzeczami i ogólnymi, jak i nad drobnymi szczegółami elementów swojego życia.

1. Zapalniczka.
Każdy palacz ma przy sobie taki zestaw : zapalniczka + paczka fajek. Zdarza się brak jednego lub drugiego, ale zazwyczaj jest to nierozłączny duet. Ostatnio, gdy wracałam do domu idąc przez miasto postanowiłam ułatwić sobie sprawę w sposób organizacyjny, czyli wrzuciłam zapalniczkę do paczki papierosów. Teraz będzie stwierdzanie oczywistości :) Zapalniczka posiada swój ciężar. Każdy pojedynczy papieros również, jak każdy przedmiot. Umieszczając ogień w półpustej i jednocześnie półpełnej paczce zaburzałam ciężar papierosów. Tak sobie funkcjonowałam przez jakiś czas, sięgając szluga i ogień z jednego miejsca, nie zwracając zbytniej uwagi na to ile sztuk w niej zostało. Oh, ogromne zdziwienie, kiedy paląc ostatniego papierosa przed wejściem do domu zobaczyłam, że zostały jeszcze dwa.
I tutaj zaczęły się schody. W pierwszym odczuciu po prostu się zdenerwowałam, że nie będę mogła zapalić, bo nie mam co. Później stwierdziłam, że to tylko i wyłącznie moja wina. Zapalniczką sama zaburzyłam sobie osąd ciężaru paczki, którego później nie wzięłam pod uwagę, a pokonując kolejne kilometry nie zwracałam uwagi na to ile ich zostało. Do nikogo nie mogłam mieć pretensji. Pytanie brzmi: po co się tak denerwować? Dlaczego konstruuję sobie świat, w którym (użyjmy poważnego stwierdzenia do błahej historii) zaburzenie oceny sytuacji wprowadza mnie z równowagi tak bardzo?

2. Mr. K.
Mr. K to w pewnym sensie człowiek przypadek – ciężki przypadek. Poznaliśmy się nagle, zatraciliśmy się szybko. Cudowne dwa miesiące razem, niekończące się rozmowy, poznanie swoich najbliższych rodzin i tak dalej. No po prostu sielanka. zaczął mnie przytłaczać sobą. Był nachalny. Był natrętny. Zaczęłam się dusić tą całą „miłością”, jego miłością. Postanowiłam się z nim rozstać, podczas gdy on miał plan na nasze wspólne, najbliższe 20 lat i znał imiona 3 naszych przyszłych dzieci… Tak, trafił mi się chłopak, który nie tylko chciał „zaruchać”, ale stworzyć wspólną przyszłość. Ewenement. Taki czuły, taki troskliwy, taki oddany, taki bezinteresowny, akceptował mnie, moje wady. A jednak psychopata… Po prawie dwóch miesiącach od rozstania wybuchła burza. Na temat całej naszej relacji zwyczajnie nie chce mi się pisać. Gdybym się na tym skupiła odbiegłabym zbyt daleko od tematu tego wpisu. Szczegółowy opis sytuacji kiedyś może tutaj zamieszczę, a może nie. Sednem natomiast jest to, że przekonałam się jak strasznie można się mylić w ocenie drugiego człowieka. Rozumiem, że odrzucenie boli, choć sama naprawdę wierzyłam w sukcesywną przyszłość tej relacji, no nie mogłam się zmuszać do miłości. I teraz miałam okazję zauważyć, że rozstanie to była najlepsza decyzja jaką mogłam w tamtym momencie podjąć. Impulsywność, niepanowanie nad emocjami, zaborczość, chorobliwa zazdrość to nie są cechy faceta dla mnie.
Podczas ostatniej konfrontacji telefonicznej, przyznaję trochę zaczęłam się bać. Jak to jest możliwe, że kogoś znamy, może niezbyt długo, ale dość intensywnie, ufamy sobie, spędzamy każdą wolną chwilę, a często też i śpimy z kimś, kogo tak naprawdę nie znamy i po kim nie wiemy czego się spodziewać? Jak można się tak pomylić?

3. Studia.
W październiku zaczęłam studiować kierunek kulturoznawstwo. Tak, słyszałam już salwy śmiechu. Tak, do zobaczenia w Biedronce, Żabce, czy innym McDonaldzie. No i co z tego? Te studia dużo mi dały. Po złamanym serduszku, intensywnym rozstaniu w czerwcu rok temu ludzie, których spotkałam na swojej drodze dużo wnieśli do mojego życia. Wydaje mi się, może i trochę nieskromnie, ale nie byłam chyba znienawidzona przez większość. Poszłam na studia, które rozwiną mój światopogląd, wiedzę o świecie, pojęcie o człowieku, zainteresowania i inne tego typu sprawy. Byłam zadowolona. Mało tego – zachwycona! Ale co z tego skoro rzuciłam te studia? Poddałam się, bo założyłam, że po przegranych bitwach nie ma co liczyć na wygranie wojny. Biurokracja mnie zżarła jak jakiegoś nowicjusza/przedszkolaka. Teraz uważam to za błąd. Za bardzo duży błąd. Mogło być pięknie, mogłam się starać, mogłam próbować, ale po co? Autodestrukcyjna nieodpowiedzialność chyba jest moim życiowym, niepisanym mottem.

4. Listy.
On to zawsze będzie On. Nigdy Go nie zapomnę i nawet w chwili wyzbycia się wszelkich uczuć (o ile to możliwe) i tak będzie przewijał się w mej pamięci jak echo, którego nie można za nic uciszyć. No i ok. To nic dziwnego przecież. W końcu był ważnym elementem mojego życia. Niech i tak będzie. A co z listami? Nie wiem sama, czy to bardziej śmieszne, czy straszne, a może po prostu żałosne. Mam je w wersji papierowej, jak i przepisuje je tutaj. Nie wiem czemu chce żeby się zachowały, skoro On i tak ich nigdy nie przeczyta. Nie potrafię się od Niego uwolnić, bo chyba sama tak naprawdę tego nie chce. Inaczej bym nie wspominała, nie rozmawiała z Nim, nie miałabym pochowanych „naszych” głupot po całym pokoju, by w taki dzień jak dzisiaj, coś znaleźć.
Przypomniało mi się dzisiaj, że posiadam gdzieś sprzęt nazywany potocznie aparatem. Jako, że ma swoje lata i na bank robi gorszej jakości zdjęcia niż większość telefonów moich znajomych, pewnie nie wykorzystam go tak jak bym chciała. W pudełku, w którym znajdował się ów sprzęt znalazłam wniosek z dnia 2 września 2012r. Wniosek, jak to wniosek – poprawnie, formalne „Ja, niżej podpisana….” i tak dalej. Wniosek jest z prośbą o masaż pleców z wieloma argumentami, łącznie z tym, że do tego bólu się przyczynił. Po 5 latach ja to po prostu znalazłam i wybuchnęłam śmiechem jeszcze w trakcie czytania. Pamiętam też kilka następstw tego wniosku, łącznie z tym, że przeczytali go moi rodzice ;D
Skoro wyzbyłam się wobec Niego wszelkich negatywnych emocji i nie rozpamiętuję Jego starych win, czy jest sens na siłę zapominać? Chyba jednak dobrze jest pamiętać i od czasu do czasu móc uśmiechnąć się na wspomnienie o wspólnie spędzonej chwili. To takie okropnie słodkie, że aż mnie mdli. Może kiedyś przestanę znajdować i gromadzić pamiątki po Jego obecności. Może kiedyś zbiorę je wszystkie i razem z listami zapakuję w skrzynkę, z której uczynię kapsułę pamięci najcudowniejszej i najgorszej zarazem miłości jaką zapewne kiedykolwiek w życiu przeżyłam. Jednego jednak w niej zabraknie. Oddałam mu na dobre TEN Krzyż…

Myślę, że w tym właśnie momencie powinnam skończyć. Nie czuję chyba tej satysfakcji, którą powinnam czuć po napisaniu kilku, no może kilkunastu zdań :p
Jeśli nadal to czytasz to gratuluję. Ta zbieranina różnych, całkiem niepotrzebnych myśli zamieściłam tutaj jako przykłady. Zastanawiałam się nad zakupem dyktafonu i nagrywaniu tego co myślę na bieżąco, z tymi emocjami, w natchnieniu, w zadumie. Cos w rodzaju strumienia świadomości. Może by to zdało egzamin… Następny temat do przeanalizowania, a tymczasem dziękuję Ci za poświęcony czas.

Z fartem mój cudowny Czytelniku :)

37. Taka noc jak dzisiaj…

Noc taka jak dzisiaj pogrąża w zadumie. W noc taką jak dzisiaj nikt nie pojmie, ani nikt nie zrozumie. W taką noc jak właśnie dzisiaj obnaża bardziej, niż można by się spodziewać, słabe światło trzech tylko świeczek. Widzę teraz i czuję dużo wyraźniej każdą z blizn na swoim ciele i w jego wnętrzu. Są jak emocjonalne kartki z kalendarza, które noszę ciągle przy sobie, które zawsze noszę na sobie i które zawsze noszę w sobie. Gdy stanę przed Tobą naga, prawie obcy mi człowieku – pewnie na nie spojrzysz. Może o nie spytasz, ale nie masz żadnej gwarancji, że będę Ci wyjaśniać, że cokolwiek Ci odpowiem, bo może się nie odezwę zawieszając w atmosferze jedynie niepokojącą ciszę, która echem będzie odbijać się od ścian. Może zwyczajnie je przemilczysz. Może spróbujesz zrozumieć. Może wysnujesz wnioski. Może zaczniesz osądzać. A może po prostu je zignorujesz…
A Ty? Tak bliski mojemu sercu. Co z Tobą? I jak się czujesz? Teraz praktycznie nie rozmawiamy. A to właśnie Ty tak często widziałeś mnie taką. Widziałeś mnie nagą, obnażoną, prawdziwą. Widziałeś taką jaka jestem. I chciałam żebyś mnie taką widział. Gdy tak na mnie patrzyłeś, miałam to, czego najbardziej potrzebowałam – akceptację. Dzięki Tobie mogłam czuć się swobodnie ze swym jestestwem. Dzięki temu jak na mnie patrzyłeś, czułam egzystencjonalną przyjemność. Dzisiaj też się to zdarza, ale nawet nie ma jak porównywać mocy tych wrażeń. Teraz staram się zadowalać tym co mam. Teraz może i nawet na siłę hiperbolizuję emocje, które mnie spotykają, by chociaż rekonstruować intensywność odczuć. Kreowanie prawie bezwartościowych elementów życia na imitację szczęścia przeżywanego kiedyś… Czy ma to jakiś sens?

36. List jedenasty – Niemy sms (03.12.2016r.)

„Dlaczego tak wyszło co? Dlaczego czasem nie popuściłeś swojej dumy, czy ego? Wiesz, że długo myślałam o Tobie i o nas. Próbowałam zaczynać temat, Ty go momentalnie ucinałeś. Nie chciałeś rozmawiać. Starałam się z tym pogodzić. Nawet mi wychodziło. Wmawiałam sobie bardzo dużo rzeczy, aż w końcu zaczęło działać. Nie wiem dlaczego nie potrafiłeś wyprostować sytuacji. Może nawet i tego żałuję. Wiem jaki jesteś skryty i zamknięty. Wszystko co piszę, uwierz mi, ma wbrew pozorom pozytywny wydźwięk. Takie jebane co by było gdyby? Ale tego się już chyba niestety nie będziemy mieli okazji dowiedzieć.
Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak Ty. Hah, pamiętasz jak mówiłam to powiedzonko, że lubi się za zalety, a kocha się za wady? Wiesz, czasem mam momenty, że myślę o tym jak mnie wkurwiałeś. I często po tym całym podsumowaniu dochodziłam do wniosku, że to jest właśnie to, czego było mi potrzeba. To było właśnie to coś. Ta cała mieszanina emocji, którą we mnie wywoływałeś. Istne dzieło. Istny cud. Majstersztyk. Mam chęć zadzwonić, zapytać, czy wszystko w porządku, jak się czujesz, ale po raz kolejny piszę niemego sms. I mam też chęć powiedzieć Ci, że ze mną niby wszystko ok, ale to jedynie informacja ogólna dla świata.
Powinieneś się cieszyć. Chciałeś żebym czuła się tragicznie i udało się. Czuję się jak śmieć… Heh…
Śniłeś mi się dzisiaj. Pojechaliśmy gdzieś na spacer. Byłeś wściekły na mnie. Wysiedliśmy z auta, kazałeś mi zamknąć oczy. Posłuchałam. Wyjmowałeś coś z bagażnika. Dziewczęce marzenia podsunęły mi na myśl kwiatka, może bukiet lub inny upominek. Nie wiedziałam jak bardzo jestem w błędzie. Słyszałam jak do mnie podchodzisz. Wylałeś na mnie baniak lodowatej wody. A później objąłeś. I koniec. Wylałeś mi na łeb „kubeł zimnej wody”…”

Tego samego dnia napisałeś mi, że Ci się śniłam..

35. List dziesiąty (14.10.2016r.)

Głupi dylemat. Bardzo głupi. 27 października masz urodziny. Na czym polega mój dylemat, a właściwie to może nawet i błąd? Mam dla Ciebie prezent. Tak, wydałam na to trochę kasy i tak, zrobiłam go aż tyle wcześniej. Nigdy nikt nie dostał ode mnie czegoś tak osobistego, ani czegoś w co włożyłabym tyle pracy i czasu.
Głupi dylemat, głupie myśli. Pytanie, czy w ogóle wypada Ci dać taki prezent? To raczej niestety pytanie całkiem retoryczne. W końcu nie jesteśmy razem. Nie ma nic między nami. Jestem dla Ciebie nikim. Ty dla mnie nie jesteś nikim.
Znów mam ten moment, że myślę o Tobie. Myślę dobrze, myślę źle, myślę, że tęsknię, myślę, że nie chce Cię widzieć, myślę o tym, że tak bardzo mnie skrzywdziłeś, myślę, że mi Cię brakuje.
Przypomniały mi się prezenty, które dostałam od Ciebie. Przypomniałam tez sobie o tamtej, której chciałeś kupić tak drogi prezent na gwiazdkę, bo przecież Ci na niej zależało, no nie?. Przypomniałam sobie jak 29 grudnia, kiedy Cię potrzebowałam tak bardzo – Ciebie nie było. Wtedy już zarzekłeś się, że będziesz przy mnie, gdy będę potrzebować. Łączyły się z tym dniem dwie ważne rzeczy. Pierwszą był pogrzeb Babci. Nie chciałam być w domu z rodziną, ale nie chciałam być sama. Chciałam być wtedy właśnie z Tobą. Z kimś, z kim mogłabym milczeć, do kogo mogłaby się przytulić, kimś komu na mnie zależy. Myliłam się najwidoczniej. Jechałeś do kina. Każdy ma swój system wartości… Drugą rzeczą był w sumie fakt, że właśnie tego 29 grudnia byłaby „nasza” czwarta rocznica. Niedoszła, choć mogłaby nią być. Zwłaszcza, że się deklarowałeś.
Błędem moim, chyba największym, na którym nigdy nie potrafiłam się nauczyć (powtarzałam go cały czas z uporem maniaka), było to, że Ci wierzyłam. Wierzyłam Ci w tak wiele. Wierzyłam prawie we wszystko. Wiele odkrywałeś i prostowałeś nawet po latach. Różne historie opowiadane przez Ciebie kiedyś niewiele miały wspólnego z ich późniejszymi wersjami. Nie wiem, która wersja była tą prawdziwą. Może trochę uszczypliwie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w wielokrotnym opisie konkretnych sytuacji zgadzały się głównie imiona uczestników. Nieważne.
Dużo obiecywałeś. Danego słowa nie dotrzymywałeś. Nic nie poradzę. A ja w to wierzyłam. Ufałam Ci. Jak obiecywałeś to wydaje się oczywiste to, że tego wymagałam. Nie twierdzę, że nigdy nic dla mnie nie zrobiłeś. Zrobiłeś wiele i jestem za to wdzięczna, aczkolwiek teraz jest taki moment, że to wszystko c było złe zwyczajnie znowu boli jak cholera. Czasem mam myśli, że może ułożylibyśmy sobie jeszcze życie razem, lecz neguje to. Może jest to spowodowane tęsknotą? Ty beze mnie żyjesz. Masz si dobrze, a może i nawet świetnie.
Gdy wiedzieliśmy się ostatni raz próbowałeś wpędzić mnie e poczucie winy, niby przypadkiem lub mimochodem. Szukałeś winy we mnie jeśli chodzi o nas i w innych przypadkach. Nie uważam, że masz rację. A przynajmniej nie we wszystkich kwestiach. Były różne sytuacje między nami i innymi ludźmi. Zawsze zachodzą różne sytuacje między ludźmi, ale też zawsze szukamy winy wszędzie, tylko nie w sobie.
Rozmawialiśmy wczoraj przez telefon. Mimo stosunkowo udanej wymiany informacji raczej średnio przyjemna była ta rozmowa. Szczerze to moje odczucia po tej rozmowie były niezbyt pozytywne. Poczułam się bardzo olana i zignorowana. Zadzwoniłam, bo musiałam, a przynajmniej wydawało mi się, że powinnam, ponieważ się umawialiśmy, a wczoraj wyszło jak wyszło. Przyznam, że wywołujesz dziwne emocje. Gdy miałam zadzwonić to było coś na podobieństwo paraliżu. Strach mi towarzyszył. Nie wiedziałam co robisz. Wdech, zielona słuchawka. Nie odebrałeś. Sms, że masz wykład. Oddzwoniłeś. Serce się ścisnęło i zamarło w bezruchu. Bardzo silny i dziwny dyskomfort. Przecież to nic nadzwyczajnego, ale paradoksalnie coś mocno problematycznego. Odebrałam. Twój głos. Przeszyły mnie ciarki. Dogadaliśmy się na szybko, trochę chaotycznie. Poczułam się tak jak już wcześniej wspomniałam – zignorowana.
Dziś prawdopodobnie się spotkamy i załatwimy sprawę z tymi perfumami. Nie wiem, czy będzie to trwało 5 minut, czy godzinę. Niby sytuacja jest między nami jasna. Chyba że tak po prostu wygodniej jest działać i myśleć.
Głupia ja. Głupia, bo po raz kolejny nie mogę zrozumieć sama siebie. Nie wiem dlaczego, ale wywołujesz we mnie głównie lęk. Nie na jeden konkretny sposób, tylko prawie pod każdym względem, prawdopodobnie przez to, że mam w głowie mętlik.
Tęsknię. Tak, nie boję się już tego przyznać. Lecz znowu nie wiem…. Nie wiem, czy tęsknię za Tobą, czy za odrobiną bliskości, czułości i troski. Sposób w jaki postrzegam te potrzeby, jak i sposób i”kryteria” ich zaspokojenia są mocno uwarunkowane, określone i powiązane z Tobą Ale tak samo jak mi ta bliskość i czułość dawałeś i jak była dla mnie niedostępna, ze względu, oczywiście, na Twoje podejście i usposobieni, powoduje u mnie następny paradoks w następującej formie : być może i znalazłabym tą czułość i bliskość gdzieś indziej, ale nie chcę tego od „byle kogo” i nie dopuszczam nikogo do siebie. Właściwie to rzadko byłeś otwarty na to. Możliwe, że to właśnie dzięki tej Twojej niedostępności, teraz nawet samo przytulenie kogoś jest dla mnie czymś wartościowym, więc i wyjątkowym. To tak jak z tym, że komuś powiesz „kocham Cię”. To coś ważnego. Nie dla każdego.
Bardzo mnie sobą zmieniłeś. Zaczęłam przyswajać ten dystans i wycofanie, które stały się dla mnie nieprzekraczalną normą. Różnica jest oczywista i zauważalna jeśli ktoś ma okazję porównać. Ale Tobie łatwiej Ci nawiązywać kontakty. Choć mi też idzie nieźle, to ile można funkcjonować będąc zarazem tak blisko i tak daleko ludzi. Dużo znajomych, mało osób, z którymi jestem zżyta. Jak jest teraz u Ciebie – nie wiem. Być może odnalazłeś już swoje szczęście, spokój i bliskość. Jeśli tak – cieszę się, gratuluję.
I to też jest następny dziwny lęk. Jeden z wielu związanych z Tobą. Boję się, że o mnie zapomnisz. Może mnie nie kochasz, może już nic nie czujesz, może nie należy stale patrzeć w tył i trzeba żyć teraźniejszością i przyszłością, ale chciałabym, żeby było tak, że gdy coś Ci się ze mną skojarzy i Ci o mnie przypomni, albo gdy spotkasz mnie gdzieś, znajdziesz coś, co kiedyś Ci dałam – pomyślisz o mnie w pozytywnym świetle, a może i nawet uśmiech ukradkiem wdrapie Ci się na usta.

34. List dziewiąty (13.08.2016r.)

Dziś przyjechałam.
Ostatni raz byłam tu 2 lata temu. To była kolejna próba ucieczki, która okazała się jednym wielkim fiaskiem. Wtedy szukałam usprawiedliwienia. Wtedy udawałam, że wszystko jest dobrze, że byłam grzeczną dziewczynką. I ta debilna chęć sprawdzenia, czy mój grat (telefon) jest w stanie zapisać więcej niż 1000 wiadomości w skrzynce odbiorczej. Okazało się, że umiał i z tego wyszła jedna z naszych największych kłótni. Byłam tutaj tydzień. Myślałam, łaziłam w samotności, płakałam. Mimo tego, że miałam obok siebie tylu kochających mnie ludzi, rodzinę, zamykałam się na nich, zatracając się w poczuciu winy. Nie, to nie jest dramatyzowanie dla lepszego efektu, czy chęć obudzenia w Tobie współczucia, bo sam dobrze wiesz, jak moje poczucie winy rozwijało się dalej, wiesz co przeszliśmy i wiesz do czego byłam zdolna się posunąć. Tak, moja wina jest oczywista i nawet nie próbuję się jej wypierać. Ale czemu teraz, kiedy to Ty dalej ciągle rozrabiałeś ja dalej się kajam za stare i wybaczone grzechy?
Zapomnijmy…

 

Wszyscy o Ciebie pytają. Wiedzą, że się rozstaliśmy, ale w ten sposób chyba zaczynają temat, by wybadać jak sobie radzę. A jak sobie radzę? Chyba zależy od dnia, mojego samopoczucia, tego co mi się śni – czy Ty mi się śnisz, i tego, jak bardzo znowu oszukuję sama siebie i wmawiam sobie, że mam Cię gdzieś. Właściwie to chyba nigdy tak nie będzie. Chyba zawsze zostanie już ten sentyment. Trochę tęsknię. I wspominam czasem… Ale w końcu się wyleczę. Jestem na dobrej drodze. Taką mam nadzieję i jej się trzymam.
A jak to jest z Tobą? Przyznasz się, czy dalej będziesz zgrywał twardziela?

33. List ósmy (09.08.2016r.)

Wczoraj wieczorem wzięłam się za ogarnięcie bloga, którego nigdy nie widziałeś na oczy z oczywistych powodów. Kiedyś dałam Ci parę fragmentów przeczytać, ale tylko te wybrane. Przed napisaniem czegoś naprawdę konkretnego, (czyli 25. Streszczenie i sprostowanie.) musiałam przejrzeć na czym ostatnio skończyłam. To nie było proste. Przeczytałam większość jeszcze raz dokładnie, po wrzuceniu wpisu. No i mnie dopadło. Przypomniało mi się jak to wszystko wyglądało dokładnie, ile przeżyłam, jak się czułam. Bardzo to na mnie zadziałało. Do tego stopnia, że nawet płakałam. Ale chyba tego można się było spodziewać. Zaczęłam się zastanawiać, czy pogodziłam się z tym wszystkim i chyba jednak nie.
Terapia nastąpiła we śnie.
Śniło mi się to już drugi raz. Moi rodzice wyjechali na działkę. Późnym wieczorem zadzwoniła do mnie siostra, że muszę do niej przyjść, bo coś się dzieje i potrzebuje mojej pomocy, więc ubrałam się na biegu i wyszłam z domu. Szłam przez Plac i zatrzymała mnie grupa chłopaków. Początkowo jakaś głupia podgaduszka, którą zignorowałam. Później bardziej natrętnie. Zaczęli się zachowywać agresywnie. Szarpali mnie. Zaczęłam płakać, krzyczeć, lecz niczym to nie skutkowało. Nagle podbiegłeś. Uratowałeś mnie. Odprowadziłeś do domu. Bałam się, ciągle płakałam i nie mogłam się uspokoić, więc wszedłeś. Chciałam żebyś został. Potrzebowałam Cię. Siedziałeś ze mną prawie całą noc. Opiekowałeś się mną. Rozmawiałeś, przytulałeś, uspokajałeś, kazałeś coś zjeść, po prostu byłeś. Położyłam się do łóżka, a Ty obok mnie. Trzymałeś mnie za rękę. a później głaskałeś i nadal uspokajałeś. Mówiłeś, że będzie dobrze, że nic się nie stało, że jesteś przy mnie. W końcu zasnęłam.
Sen się skończył. Gdy się obudziłam, przez chwilę miałam wrażenie, że to wszystko faktycznie miało miejsce. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Twoich śladów, ale nie było żadnych. Następna myśl – zasnęłam i po cichu wyszedł. Nie przecież tego nie było. U siostry wszystko dobrze. Rodzice śpią u siebie. Nic mi nie jest. Nie szłam przez Plac. Nikt mnie mnie zaczepiał. Nikt mnie nie ratował. Nikt nie uspokajał. Nie było Cię…
I to był moment, w którym zrozumiałam jak bardzo oszukuje sama siebie, bo tak jest prościej. Coś sobie wmawiasz, aż w końcu w to wierzysz.
Gdy czytałam to co pisałam wcześniej na blogu i gdy przypomniało mi się to wszystko czego nie opisywałam, byłam taka wściekła. Miałam ochotę wykrzyczeć Ci w twarz jak Cię nienawidzę. Uspokoiłam myśli. Zasnęłam. I ten sen. Poczułam się samotna. Znowu i jeszcze bardziej niż wcześniej. Poczułam jak mi Cię brakuje. Twego dotyku, Twego zapachu, Twojego głosu.
Oszukiwałam sama siebie, że już Cię nie potrzebuje. Oszukiwałam sama siebie, że już Cię nie chce. Oszukiwałam sama siebie, że tak mi jest dobrze. Tylko dlaczego gdy już zaczynam w to znowu wierzyć dzieje się coś, że tęsknię? Albo jakiś głupi sen, albo po prostu pojawiasz się na jawie w najmniej odpowiednich momentach i jesteś taki… Jesteś taki jak zawsze. Przykładowo jak jesteś irytująco i zarazem podniecająco władczy. Gdy zadajesz wkurzające pytania, które zdradzają, że jednak Cie jeszcze obchodzę. Mogłabym tam wymieniać, ale po co? Nie chce się w Tobie zatracać. Nie chce tych uczuć. Bez tego będzie lepiej. I prościej. Dlaczego nie mogę sobie Ciebie odpuścić? Czy nadal tak bardzo Cię kocham?

32. List siódmy (08.08.2016r.)

Widziałam się dziś z Twoją siostrą. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Dobrze mi się z nią rozmawia. Jest fajną, wesołą dziewczyną. Zawsze mamy o czym rozmawiać, opowiadamy sobie różne historie. Zawsze gdzieś tam jesteś. W jakiejś historii, w mojej, w jej. Nic dziwnego skoro razem żyjecie. Ale to też jest to, że nie chce z nią o Tobie rozmawiać, bo zaraz moje myśli zaczną biec w niepowołanym kierunku.
Gdy już zbierałyśmy się ze spaceru spotkałyśmy Cię po drodze. Nie spodziewałam się. Właściwie to pomyślałam, że jak nie spotkałyśmy Cię na mieście do tej pory to już pewnie wcale się nie spotkamy. I nagle wyszedłeś zza rogu. Zatrzymałeś się, poczekałeś na nas. Szliśmy razem i rozmawialiśmy. Normalnie. I tak było widać, że nie masz humoru. Niby trzymał Cie kac po wczoraj, ale coś innego też było na rzeczy, ale oczywiście nie wnikałam.
Czy nie wydaje Ci się to dziwne, że kiedy się nie umawiamy to i tak widzimy się na mieście? Zawsze się gdzieś spotkamy. I to nieważne, w której dzielnicy naszego miasta. I nieważne, o której godzinie. Czasem ludzie nie wiedza kogo mają za sąsiadów, a my mimo wszystko ciągle gdzieś jesteśmy obok siebie.